In Lifestyle Na luzie Podróże Świat

5 niecodziennych rzeczy które mogą Was spotkać na Kubie

Wyobraźcie sobie taką sytuację - godzina 23.30, Wy już lekko dziabnięci, w szampańskim nastroju idziecie do pokoju udać się na zasłużony spoczynek po całym dniu lenistwa pod wszelką postacią. Zmęczeni słońcem i napojami % marzycie tylko o tym żeby legnąć na łóżku i zapaść w błogi sen. Ale zaraz, zaraz! Zanim to nastąpi trzeba jeszcze wziąć prysznic. Na autopilocie idziecie do łazienki. Kiedy bielizna jest już w połowie drogi między ciałem a podłogą nagle zamieracie w bezruchu i przecieracie kilkukrotnie oczy ze zdumienia i przerażenia. Biegniecie szukać pomocy do pokoju obok...
*** 
Każdy z naszych wyjazdów czegoś nas uczy i niesie ze sobą jakieś przygody (czasem niekoniecznie miłe w skutkach - przykład znajdziecie tutaj). Na szczęście na Kubie nic złego nas nie spotkało! 
Sami zobaczcie...

***
[Wracamy do historii z początku wpisu]
... Po tym jak usłyszałam walenie do drzwi naszego pokoju przed północą uznałam, że to nie żarty i trzeba otworzyć. Okazało się, że po łazience naszych współpodróżnych przechadza się skorpion. Najprawdziwszy z prawdziwych. I co wtedy zrobiliśmy? Żadne z nas nie krzyczało z przerażenia. Zachowaliśmy zimną krew, bo prysznic i sen przecież czekały w kolejce. Trzeba było tę sprawę załatwić szybko. Niesforny i niebezpieczny gość schował się za sedesem więc postanowiłam go stamtąd wykurzyć czymś co pozwoliło zachować bezpieczną odległość od groźnego kolca. Znalazł się jakiś przedmiot, A rozłożył na podłodze ręcznik tak abym miała możliwość "zagonić" nieproszonego gościa na ten właśnie, aby następnie pakunek z niespodzianką w środku wynieść bezpiecznie za drzwi i się go pozbyć. Ufff! Udało się. Żyjemy! 
Możemy się nazwać POGROMCAMI SKORPIONÓW!  


***
Stolica Kuby - skwar, 35 stopni lub więcej. Jedziemy na wycieczkę do Starego Miasta, Moskwiczem rocznik 1981. Całkiem dobrze się ma się ten Moskwicz jak na swoje lata. Tapicerki w środku brak na rzecz czarnej farby o metalicznym połysku. Właściciel kwatery w której się zatrzymaliśmy był na tyle uprzejmy, że postanowił być naszym taxi driverem. Wszystko fajnie, ale w pewnym momencie przy lewej tylnej oponie coś zaczyna strasznie hałasować. Kierowca nie zwraca na to uwagi. Jedziemy dalej. Hałas staje się coraz bardziej uporczywy co w końcu zaniepokoiło właściciela rzeczonego auta. W związku z tym zatrzymujemy się na prawym pasie 3 jezdniowej drogi, żeby sprawdzić co się stało. Razem z kierowcą  K. i A. dokonują oględzin. Okazuje się, że kawałek gumy z opony jakimś cudem się od niej oderwał (ale nie tak całkiem bo jednak się trzymał) i uderza o nadkole. Kierowca wsiada do auta i mówi, że jeżeli hałas nam nie przeszkadza to możemy jechać dalej. Plan ten okazał się jednak nie do końca przemyślany bo za 500 metrów zjechaliśmy z głównej drogi po to by zmienić oponę na zapasową. Po drodze mam okazję zobaczyć 10 piętrowy blok i z ciekawością pytam czy są tam windy, na co właściciel auta, rodowity Kubańczyk z mieszanką politowania i śmiechu odpowiada, że tak! (zmianę koła możecie zobaczyć na filmiku, który przygotowałam - tutaj - 0.50)
Możemy się nazwać SPECAMI OD WULKANIZACJI!
Moskwicz'81

***
Kolejnego dnia wybieramy się w długą podróż. Aby mieć pewność, że nie zabraknie miejsc w autobusie, jedziemy na przystanek Viazul (klik), żeby kupić bilety. Nie możemy jednak spokojnie podejść do kasy bo tłum naganiaczy chce nas zachęcić/namówić/naciągnąć na skorzystanie z taxi door to door używając przeróżnych argumentów. Widząc jednak naszą nieugiętość dają w końcu spokój. Przeszłyśmy całą procedurę i dzięki temu otrzymałyśmy potwierdzenie rezerwacji na przejazd Havana- Santa Clara na jutro. Następnego dnia o poranku po znalezieniu się rzutem na taśmę na dworcu oczekujemy w długiej kolejce do odprawy bagażowej. Ni stąd ni zowąd podchodzi do mnie pani z obsługi, klepie w ramię i zaprasza do odprawy (podczas gdy inni stojący przez nami pasażerowie nadal tam kwitną i nie wiedzą o co chodzi). Dostaję miejscówki dla nas wszystkich, zdajemy bagaże i wsiadamy do autobusu. Droga mija dość szybko. Dojeżdżamy na miejsce dostajemy bagaże i idziemy. 
STOP! Ale przecież nigdzie nie płaciliśmy  za bilety. STOP! Nikt nas nie zatrzymuje i możemy iść gdzie nam się podoba. STOP! Moja wrodzona uczciwość przyćmiewa chęć zaoszczędzenia 50 USD i szukam kogoś kto wygląda na obcokrajowca (bo jest prawdopodobieństwo, że będzie mówił po angielsku) i pytam w którym momencie płaci się za bilety. Okazuje się, że powinno się to zrobić dzień wcześniej przy rezerwacji. No skoro tak... Z bananem na buzi odchodzimy bogatsi o 50 USD (w sumie o ponad 80)! 
Możemy się nazwać FARCIARZAMI JAKICH MAŁO!

***

Zanim jednak spotkała nas przygoda z darmowym przejazdem kubańską komunikacją międzymiastową musieliśmy jakoś dostać się na dworzec. Kierowca Moskwicza rocznik 1981 - ojciec trójki dzieci w tym jednego w wieku szkolnym, niestety tym razem nie mógł nam zaoferować podwózki. Postanowiliśmy pójść na żywioł i łapać stopa, co jest procederem bardzo powszechnym (sami widzieliśmy). Liczyliśmy na to, że jak nie złapiemy stopa to jakiś kierowca taxi sam się zatrzyma. Niestety nieco się przeliczyliśmy... Kubańczycy, podobnie jak Polacy jeżdżą do pracy na 8 i żaden kierowca ani na nas nie spojrzał (tymbardziej, że byliśmy objuczeni jak wielbłądy w pustynnej karawanie, jeszcze z małym dzieckiem na dokładkę). Kiedy nerwy już dawały o sobie znać i zaczynałam warczeć na K. a wizja odjazdu autobusu bez nas zaczynała nabierać realnych kształtów, znalazł się łaskawca. Starszy Pan zatrzymał się sam z siebie nie patrząc na nasz wyciągnięty do góry kciuk, którego po prostu nie było bo byliśmy tak zajęci gorącą dyskusją kogo obarczyć winą za to, że się spóźnimy. Jak już się zorientowaliśmy, że stop sam nas znalazł, mieliśmy ochotę skakać z radości i wyściskać naszego dobroczyńce. Zdążyliśmy just in time. Reszta dnia upłynęła w cudownym nastroju (patrz wyżej). PS. Nie myślcie, że łapanie stopa na Kubie jest darmowe. 
Możemy się nazwać MISTRZAMI W ŁAPANIU STOPA!

***
Tego samego dnia kiedy łapaliśmy stopa i zaoszczędziliśmy 50 baksów spotkało nas coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego. Po tym jak 5 naganiaczy namówiło nas na taxi do miejsca docelowego (twardo negocjowałam aż cena za transport spadła o 40%) i zobaczyliśmy auto, którym mamy jechać włos zjeżył się każdemu z nas na głowie, nogach i gdzie tam jeszcze znajdują się włosy o długości pozwalającej na zjeżenie się. No ale słowo się rzekło i wsiedliśmy. Nasz kierowca miał cały czas uśmiech na twarzy, wydawał się być przesympatyczny, nie mogliśmy jednak porozmawiać bo nie znał ani słowa po angielsku, a nasz hiszpański jest bardzo podstawowy. Podróż mijała nie za szybko, bo maksymalna prędkość jaką rozwijaliśmy to 80 km/h. Tak rozwianych włosów nie miałam jeszcze nigdy (wyobraźcie sobie 3 h jazdy autem przy 4 opuszczonych szybach - to była nasza klima). Przy okazji przymusowego przystanku w związku z zagotowaniem się wody w chłodnicy, chłopcy zwrócili uwagę na palmy kokosowe rosnące przy drodze. Nie czekając długo nasz kierowca zatrzymał się przy najwyższej jaka rosła w okolicy (uprzednio mijając i oglądając kilka niższych, ale nie wzbudziły entuzjazmu), zdjął buty, skarpetki, zrobił krótką rozgrzewkę i co nastąpiło potem? Niczym małpka wspiął się na to wielkie drzewsko i zerwał z 10 kokosów. Mimowolnymi świadkami tego show stały się też osoby podróżujące skuterami. Zatrzymali się i z ciekawością przyglądali całemu zdarzeniu. Część z nas wpadła na pomysł, że sprzeda kokosy przejezdnym. Zaczęliśmy ustalać cenę po polsku i gdy już zapadła decyzja za ile sprzedajemy, jedna z pasażerek odezwała się ze śmiechem "NIE DZIĘKI!" 
PS. Oczywiście pieniądze ze sprzedaży miały być przeznaczone dla naszego akrobaty, tj. kierowcy taxi. (pokaz wspinaczki na tym samym filmiku co powyżej - KLIK 1.16 )
Możemy się nazwać MISTRZAMI SPRZEDAŻY!
:)

***

I kto powiedział, że podróże nie kształcą? 
Gdyby nie nasza wycieczka na Kubę raczej nie mielibyśmy okazji stanąć oko w oko ze skorpionem, łapać stopa, czy być świadkiem wspinaczki na 5-metrową palmę po to by zerwać rosnące na niej kokosy. 

A na koniec porcja zdjęć.
Hania do kubańskiego kolegi - "Oddaj mi pistolet bo ja nie to pójdę pływać do innego basenu" 










Hanula w swoim żywiole - robi selfie!



Podobne wpisy

7 komentarze:

  1. Niezła akcja! O tych zaoszczędzonych 50 baksach to nie wiedziałąm:D Hanula jest najsłodsza, ciekawe jak zareagował kolega na jej tekścik o tym, że pójdzie sobie na inny basen:D
    A na filmiku super to wyglądało jak Pan wskoczył na drzewko i wspiął sie na nie niczym małpka!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale mieliście atrakcje! :) A jakie bajeczne zdjęcia! <3 Ty Kochana to masz głowę do wycieczek!

    OdpowiedzUsuń
  3. no wspaniała wycieczka z przygodami i doświadczenie zdobyte na przyszłość naprawdę podróże kształcą, a ile wspomnień pozostaje w pamięci

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku, ten post jest taki cudowny i śmieszny! Przemiły kierowca, który zbiera kokosy to mój ulubieniec! :D Szczególnie podoba mi się moment rozgrzewki. Ale aż nie mogę uwierzyć, że zaoszczędziliście te 50 USD! Jesteście niezłymi mistrzami :D A co do skorpiona... pełen podziw z mojej strony, że zachowaliście zimną krew. Ja to bym się darła w niebo głosy (niestety nie wiem jak to się poprawnie pisze). Pozdrawiam i czekam na więcej takich śmiesznych wpisów :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna wyprawa, zazdroszczę. I to z małym dzieckiem! Aż zaczęłam się zastanawiać, czy by tu na Kubę nie uderzyć z nasza niesforną dwójką.

    OdpowiedzUsuń
  6. Spotkanie skorpiona w łazience jeszcze przede mną! ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Az niesamiwite ile przygod Was spotkalo podczas pobytu na Kubie. Dobrze, ze wszystko mozna bylo potraktowac z usmiechem😉

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawienie komentarza :) Jeżeli posiadasz bloga chętnię do Ciebie zajrzę, a jeżeli spodobał Ci się mój blog będę wdzięczna za obserwację! :)